„Ludźmi od Kornela” zostawały też osoby w wieku bardzo młodym. Przewodniczący Solidarności Walczącej mówił o nich w swoim wywiadzie – rzece jako o identyfikujących się z jego organizacją nastolatkach, często uczniach szkół podstawowych. Propagując niepodległościową aktywność liczne podziemne publikacje powtarzały: „Nie czekaj na kontakt z jakąś strukturą – działaj!” I instruowały, jak aktywność tę podejmować w sposób celowy, przydatny, efektywny a zarazem minimalizujący ryzyko. Wydający „Wolną Polskę” Młodzieżowy Ruch Oporu Solidarność Zbyszka Jagiełły i Darka Kędry swoje ulotki drukował więc zanim nawiązał relacje z jakąkolwiek strukturą. Młodzieżowym Ruchem Oporu Solidarności Walczącej został dopiero po paru latach, kiedy do rzeczywistej współpracy wreszcie doszło. Podobnie było z całym mnóstwem mniej czy bardziej sformalizowanych, lecz często bardzo konsekwentnych i efektywnych ogniw opozycyjnej aktywności bardzo młodych ludzi.
Nie było też przecież dziełem przypadku, że we wszystkich ulicznych demonstracjach najliczniejsza była młodzież. Zawsze zwracała na to uwagę prasa podziemna a jeszcze dobitniej fakt ten podkreślała oficjalna prasa reżimowa. „Trybuny Ludu”, „Gazety Robotnicze” i inne organy komunistycznej propagandy niezliczoną ilość razy manifestacje organizowane przez NSZZ Solidarność czy Solidarność Walczącą nazywały „zbiegowiskami wyrostków”. Słowo „wyrostek”, mające ubliżać nastoletnim uczestnikom ulicznych protestów, należało do tych, których reżimowi propagandyści używali najczęściej. Z tej przyczyny jedno z najbardziej znanych młodzieżowych pism drugiego obiegu nosiło właśnie tytuł „Wyrostek”. Utworzyli je we Wrocławiu polonista dr Tadeusz Patrzałek wraz z Bohdanem Błażewiczem – jednym z najbardziej zasłużonych drukarzy Solidarności Walczącej, któremu w trudzie tworzenia „Wyrostka” towarzyszyła żona oraz ich troje dzieci.
Podobnie było i w innych miastach. Jeden z pierwszych procesów politycznych roku 1982 w Katowicach skazywał nastoletnich konspiratorów Sławomira Skrzypka, Marię Czarnecką, Adama Słomkę. Potem ich następcy na Górnym Śląsku wydawali podziemne pismo „Bajtel”, co w śląskiej gwarze znaczy dzieciak, maluch, co najwyżej – młodszy nastolatek. W tym samym czasie w Trójmieście działacz Solidarności Walczącej Bolesław Siedlecki stanął na czele grupy nastolatków rwących się do walki zbrojnej. Kilku z nich nie ukończyło wtedy jeszcze szkoły podstawowej a już każdej nocy wykonywało napisy na murach. Wszyscy oni tysiące ulotek powielali metodą „exlibrisową” i rozrzucali je na demonstracjach. Uczestniczyli w nich zawsze, podobnie jak w Mszach Świętych w Intencji Ojczyzny i każdego rodzaju patriotycznych wydarzeniach. Uważali jednak, że to za mało, więc wszelkimi sposobami starali się wyposażyć w materiały wybuchowe i w broń.
Niewykluczone, że biorąc ich pod swoje skrzydła Solidarność Walcząca zapobiegła prawdziwym tragediom. Bo przecież mogło do nich dojść, gdyby ci szesnasto czy nawet czternastolatkowie zaczęli konstruować bomby czy strzelać z tych pistoletów, które już zdołali zdobyć. Wojtek Stando, ich rówieśnik z Dolnego Śląska, w tym samym czasie zajął się wydobywaniem materiałów wybuchowych z wykopywanych w lesie niewypałów. Wożąc je pociągiem z Legnicy do Wrocławia całą drogę spędzał w przejściu między wagonami. Liczył się bowiem z ryzykiem eksplozji tego, co wtedy woził w swoim plecaku. I w związku z tym, celem ograniczenia skali ewentualnego nieszczęścia, starał się być jak najdalej od innych pasażerów. Po związaniu się z jednym z „fraktali” Solidarności Walczącej skupił się na innych formach podziemnej walki.
Każdy, kto pamięta uliczne manifestacje z lat stanu wojennego ten zgodzić się musi ze stwierdzeniem, że gdyby nie uczestniczyły w nich osoby niepełnoletnie to protesty te byłyby znacznie mniej liczne. Czyż można więc lekceważąco odnosić się do udziału najmłodszych w walce o wolność, jaka toczyła się w Polsce lat osiemdziesiątych? Nie zapominajmy, że demonstracje te nie były igraszkami. Konsekwencje uczestnictwa w nich bywały straszne. Nie tylko aresztowanie, skazanie na więzienie, wyrzucenie ze szkoły z „wilczym biletem”. Najbrutalniej ZOMO obchodziło się właśnie z najmłodszymi. Schwytanych tłukło bez opamiętania, do nieprzytomności. Bez przejmowania się, że ciosy zadawanymi w głowę czy nerki wyrządzają skutki nieodwracalne, często tragiczne. Bywało, że bici na zawsze tracili zdolność samodzielnego poruszania się. Bywało, że byli zabijani. Z oficjalnych statystyk wynika, że nastolatkowie należeli do najliczniej zatrzymywanych na demonstracjach. Połowa z kilkuset schwytanych na ulicach Wrocławia w czasie manifestacji 31 sierpnia 1982 miała mniej, niż 21 lat. Kilkudziesięciu – było uczniami szkół podstawowych. Najliczniejsi – szkół średnich. Każdy z tych młodych ludzi, którzy wtedy dostali się w ręce zomowców, przeżył piekło. O ile przeżył, bo dziś wiemy już na pewno, że przynamniej parę osób zostało wtedy zatłuczonych na śmierć.
Osiemnastoletni wówczas Artur Holka nie był jedynym z celi więziennej wyniesionym na noszach. Do końca życia nie stanął już samodzielnie na własnych nogach. Do śmierci częściową sprawność zachowała tylko jedna jego kończyna. Dwa lata później szesnastoletni Dariusz Bogdan w podobnej sytuacji otarł się o utratę życia. Po wielorakich urazach, do których należało i pęknięcie czaszki, zdrowia nie odzyskał już nigdy. Zanim znalazł się w rękach komunistycznych oprawców na wzór najlepszego z wrocławskich piłkarzy nazywano go „Sybisem”. Wróżono mu karierę następcy właśnie Janusza Sybisa – arcymistrza dryblingu, członka drużyny narodowej. Po torturach, którym go poddano po schwytaniu w czasie rozklejania plakacików Solidarności, miał trudności nawet z chodzeniem. Na jego krzyki bólu kopiący go zareagowali słowami, że i tak stosują „ulgę dla małolatów”. Miał bowiem ledwie szesnaście lat. W przypadku funkcjonariuszy SB z Wałbrzycha „ulga dla małolatów” polegała na torturowaniu ich prądem. Nie przypadkiem ten jedyny w latach osiemdziesiątych udokumentowany przypadek tego rodzaju bestialstwa praktykowano w stosunku do najmłodszych – konspiratorów nastoletnich. Był wśród nich jeden z najmłodszych współpracowników Solidarności Walczącej – piętnastoletni Dariusz Gustab. Podobne przypadki można by wymieniać długo, bo ich lista jest o wiele dłuższa niż ta składająca się z najbardziej znanych nastolatków – konspiratorów zabitych przez SB czy ZOMO – Emila Barchańskiego, Bogdana Włosika, Piotra Majchrzaka, Grzegorza Przemyka…
Polityczne, medialne czy edukacyjne realia z dekad po roku 1989 sprawiły, że obraz wydarzeń lat osiemdziesiątych skutecznie uległ zatarciu. Pamięć o tym, co się działo, została odkreślona (a w dużej mierze i – przekreślona) grubą kreską. Dokonane to zostało tak skutecznie, że pewien tajny współpracownik SB przed kamerami telewizji potrafił głosić: „Ja żem sam obalił komunizm”. Podobnie o sobie opowiadało też uprzywilejowane posiadaniem publicznych i prywatnych mediów grono byłych opozycjonistów rodem z nomenklatury PPR i PZPR. Nomenklatury, z którą po nie tak znowu wielu latach ponownie ono się pojednało. I tak, jak kiedyś głosiło chwałę takich antypolskich katów, jak „Genarał Walter”, tak potem Czesława Kiszczaka namaszczało na „człowieka honoru” a Wojciecha Jaruzelskiego na „wielkiego polskiego patriotę i bohatera”. A to, że takim zmasakrowanym przez ZOMO, jak wymagający całodobowej opieki Artur Holka, przez dziesięciolecia odmawiano choćby groszowych świadczeń, nikogo z tego grona nie obchodziło. W polskich realiach, wypoczwarzonych w roku 1989, funkcje zasłużonych bohaterów były już rozdane. Nastolatkowie zatłuczeni na demonstracjach do takich zaliczeni nie zostali. Im – nic się nie należało. A jeśli jakaś pamięć – to raczej w postaci szyderstwa.
Powyższe pełne goryczy słowa wychodzą ze mnie z tej przyczyny, że w efekcie wielkiej medialnej operacji doszło do daleko posuniętego zniekształcania obrazu wydarzeń stanu wojennego. Przez pierwszych kilkanaście lat bytu szumnie zwanego Trzecią Rzeczpospolitą polityczny i medialny quasi – monopol skutecznie kreował często bardzo wątpliwe „zasłużone autorytety”. Zawsze – tylko i wyłącznie takie z „bajki” głównych beneficjentów ustrojowej transformacji. Samopoczucia tych gremiów nie mąciło nawet to, że ubeckie akta kolejnych z owych „bohaterów” okazywały się jednak nie do końca spalone w czasach, gdy pod rządami „pierwszego niekomunistycznego premiera” bez najmniejszych przeszkód puszczano z dymem setki tysięcy teczek z milionami donosów ubeckich szpicli. Również nie napotykając żadnych przeszkód – wymazywano z narodowej pamięci tych, którzy zasłużyli się najbardziej i ponieśli ofiary największe. Znamienny protest przeciw narracjom skrajnie odrealnionym a zarazem dominującym przeprowadził wtedy Waldek Kras. Ten jeden z najaktywniejszych drukarzy podziemia konspiracyjną poligrafią zajął się w roku 1982. Kiedy więc dwadzieścia lat później we wrocławskim ratuszu otwarta została wystawa teoretycznie poświęcona rocznicy stanu wojennego, lecz pomijająca rzeczywistych bohaterów tamtego czasu, cynicznie sprowadzona do apoteozy beneficjentów okrągłostołowych przemian, Waldek uzupełnił jej treść własną mini – ekspozycją. Stanęła ona, siłą rzeczy na krótko, przed wejściem do ratusza i przedstawiała sylwetkę strudzonego człowieka pochylonego nad domowym poligraficznym warsztatem. Napis na niej brzmiał: „Zapomnianym Drukarzom Podziemia”. Autor tej instalacji gazetki podziemnej Solidarności drukować zaczął mając ledwie piętnaście lat. Powielał dziesiątki tytułów niezależnej prasy, za co płacił zdrowiem, więzieniem, wyrzuceniem ze szkoły i uniemożliwieniem jej ukończenia. W swej grupie rówieśniczej nie był jedynym, którzy poszli podobną drogą i którzy zapłacili podobną cenę. A potem zostali skazani na takie same zapomnienie.
Coraz częściej spotykam się z głosami w rodzaju: „A co on wtedy mógł robić? Przecież miał dopiero czternaście lat!” A przecież nikt, kto był na ulicznych demonstracjach w stanie wojennym – na pewno nigdy nie zada takiego pytania. Bo młodzieży, w tym tej z roczników najmłodszych, na wszystkich tych demonstracjach zawsze było najwięcej. I to przede wszystkim ona pędzona potem była zomowskimi „ścieżkami zdrowia”, to przede wszystkim ona padała pod ciosami milicyjnych pał i buciorów. Uczestnicy tamtych wydarzeń to dziś jednak coraz mniej liczna mniejszość. A do cna zakłamany obraz tamtych strasznych lat – ciągle triumfuje. Szyderstwami z konspiracyjnego zaangażowania dwunasto czy czternastolatków chętnie miotają dziś też ci, którzy sami w stanie wojennym mieli np. trzynaście lat. I którzy w przeciwieństwie do narażających się wówczas rówieśników, nie potrafili się wtedy zdobyć na jakikolwiek akt patriotycznej odwagi. Jeśli ktokolwiek z mających wówczas piętnaście lat z ironią w głosie zadaje dziś pytanie w rodzaju „a co on mógł wtedy robić, przecież sam wtedy miałem tyle i wiem, jak było” ten wydaje o sobie świadectwo jednoznaczne. Takie, że ponad wszelką wątpliwość – nawet na centymetr nie zbliżył się wówczas do tych rówieśników, którzy wystawiając się na straszne represje wiernie trwali przy sprawie Solidarności i przy marzeniach o niepodległej Polsce.
W swoich wspomnieniach Kornel Morawiecki często nawiązywał do momentów dla solidarnościowej konspiracji najtrudniejszych. Były ich dwa rodzaje. Pierwszy – to wielkie fale aresztowań takich, jakich Solidarność Walcząca doświadczyła w roku 1983 i 1984, kiedy Służba Bezpieczeństwa wdarła się do ponad stu mieszkań, więziła i przesłuchiwała ponad stu działaczy, po czym trzydzieści czworo z nich w kazamatach aresztów oczekiwało na sądowy proces. Druga z sytuacji dla podziemia kryzysowych polegała na przerzedzaniu się szeregów konspiry. Coraz więcej w niej było ludzi rozpoznanych przez służby reżimu, śledzonych, inwigilowanych. A po latach podziemnej walki jeszcze więcej było zmęczonych, psychicznie wyczerpanych. W połowie lat osiemdziesiątych coraz powszechniejsze było zwątpienie w sens podziemnego trudu. Wiara w możliwość wywalczenia jakichkolwiek przemian, o pełnej niepodległości ojczyzny nie wspominając, była coraz słabsza i coraz rzadsza. Podziemie coraz częściej spotykało się z odmową współpracy i jakiejkolwiek pomocy. I coraz więcej ludzi z podziemnych struktur odchodziło. W zatytułowanym „Młodzież w Solidarności Walczącej” rozdziale wywiadu – rzeki z Kornelem Morawieckim przewodniczący tej organizacji stwierdza, że właśnie w tym czasie dla jego formacji najgorszym – zaczęli się w niej pojawiać nowi ludzie. Byli nimi dwudziestolatkowie i nastolatkowie. Niektórych Kornel Morawiecki wymienia z imienia i nazwiska choć zaznacza, że były ich dziesiątki a nawet setki. Najczęściej wywodzili się z podziemnych organizacji młodzieżowych. Zwykle od lat sami drukowali swoje gazetki. W podziemiu nie byli więc nowicjuszami, znali już konspiracyjne rzemiosło. I byli zdecydowani nadal działać. Przypominając ten czas przewodniczący Solidarności Walczącej stwierdził, że ten dopływ „nowej krwi” był bezcenny. I że nastąpił on w najbardziej potrzebującym jej momencie.
Gdyby rzecz tę zbadać bez wątpienia okazałoby się, że w drugiej połowie lat osiemdziesiątych obniżyła się średnia wieku członków Solidarności Walczącej. Wszystko za sprawą struktur takich, jak Grupa Młodych SW i skutkiem dołączania młodzieży do bardzo wielu innych ogniw organizacji. Rada Oddziału Solidarność Walcząca – Dolny Śląsk składała się wyłącznie z ludzi działających od początku stanu wojennego a nikt w niej nie miał więcej, niż 25 lat. Najmłodszym był w niej wówczas dwudziestodwuletni Mariusz Grabowski – konspirator od czternastego roku życia. Te kilkuosobowe grono kierowało kilkoma tytułami podziemnej prasy i co najmniej kilkunastoma zespołami poligrafii sitodrukowej. Część z tych drukarzy, których wtedy poznałem, na pewno nie miała osiemnastu lat.
Zjawisko włączania się młodych w struktury Solidarności Walczącej było owocem postawy Kornela Morawieckiego – od lat w całym polskim podziemiu postaci numer jeden. Postawy najdalszej od szerzącej się w szeregach opozycji prywaty, od wszelkiego parcia do osobistych karier drogą choćby i ewidentnie zgniłych kompromisów. Do Solidarności Walczącej garnęli się młodzi, dla których przewodniczący tej organizacji był wzorem niezłomności i wierności sprawie pełnej niepodległości ojczyzny. Na łamach podziemnej prasy Federacji Młodzieży Walczącej pojawiały się wtedy nawet piosenki o charakterze hymnów, w których powtarzającą się frazą było „My Morawiecczacy”. Po aresztowaniu, do którego doszło w listopadzie 1987, to przede wszystkim najmłodsi malowali na murach niezliczone napisy „Uwolnić Morawieckiego!” I także oni na wieść o jego przedarciu się do kraju, po dwukrotnym z Polski deportowaniu, wypełnili przestrzeń co najmniej kilku miast tysiącami piktogramów z zawartym w zarysie polskich granic okrzykiem: „Kornel witaj!” Czemu bez wątpienia z narastającym niepokojem przyglądały się zarówno służby komunistycznego reżimu, jak i te gremia opozycji, które dążyły do zawarcia porozumienia właśnie z komunistami i ich służbami. Coraz więcej młodych utożsamiało się bowiem z Solidarnością Walczącą i Morawieckim a nie ugodowcami, dla których ta tendencja oznaczała usuwanie się gruntu spod nóg. Trudno nie przypuszczać, że wszyscy spotykający się w Magdalence i przy okrągłym stole uważali, że muszą się ze sobą dogadać póki czas. Czyli – póki do większego głosu w opozycji nie dojdą roczniki, dla których żadnymi autorytetami nie będą ludzie w większym stopniu mający przeszłość PZPR – owską, niż opozycyjną. Zapewne to też jest jedną z przyczyn dokonywanego od roku 1989 wymazywania z narodowej pamięci zasług najmłodszych roczników ludzi podziemia.
Wśród pierwszych konspiracyjnych organizacji, zawiązanych natychmiast po wprowadzeniu stanu wojennego i prowadzących rzeczywistą aktywną działalność, były grupy stworzone przez Dariusza Bogdana i Waldemara Krasa. W późniejszych latach obydwaj odegrali rolę ogromną, docenioną po wielu dopiero latach (pierwszy z nich w roku 2012 odznaczony został Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski). Obydwaj urodzili się w roku 1967. W 1981 liczyli sobie więc lat – czternaście. Kto „od strony Polski podziemnej” dobrze pamięta tamte czasy ten wie, że niektórzy ludzie w tym wieku nabywali kwalifikacje drukarzy, redagowali, powielali i kolportowali własne podziemne gazetki. W roku 1982 całkiem spore grono chłopców i dziewcząt uczęszczających do szkół podstawowych zawiązało UFO – Uczniowski Front Odmowy. UFO potrafiło zorganizować ciche przerwy, doprowadzić do przyjścia większości uczniów w strojach uroczystych w dniach rocznic narodowych i czarnych – w każdą miesięcznicę stanu wojennego. Wydawało też swoją prasę. Nie dziwi to znających historię „Biuletynu Dolnośląskiego”, w którego powielaniu miał swój udział ledwie dwunastoletni Mateusz Morawiecki. Rozkolportowanie w sierpniu roku 1980 we Wrocławiu specjalnego numeru „Biuletynu Dolnośląskiego”, zawierającego listę postulatów gdańskich oraz wezwanie do strajku solidaryzującego się z Wybrzeżem, w sporej mierze było dziełem Mateusza i jego szkolnych kolegów. Do wielkiego narodowego czynu lat osiemdziesiątych swój znaczący wkład zdołali wnieść nawet ci, którzy w momencie wprowadzenia stanu wojennego mieli lat zaledwie kilka. Najczęściej były to przypadki tych, którzy oczami sześcio czy siedmiolatka oglądali wydarzenia, które nawet dla najbardziej dojrzałych były wydarzeniami wstrząsającymi. Parę lat później dramatyczne sytuacje, których byli świadkami, skłaniały ich do aktów sprzeciwu wobec komunistycznej tyranii. Czynnikiem dodatkowo sprzyjającym podjęciu takich aktywności był przykład rodziców lub starszego rodzeństwa zaangażowanego w niezależną działalność związkową lub niepodległościową. Jeśli ktoś z autopsji nie zna przykładów zaangażowania w tak młodym wieku to znać chociaż powinien historię Szarych Szeregów – Związku Harcerstwa Polskiego czasów niemieckiej i sowieckiej okupacji. Częścią Szarych Szeregów byli Zawiszacy – konspiratorzy w wieku 12 – 14 lat. Nie brakowało takich i w Polsce czasów Bieruta i Stalina. W samym tylko więzieniu w Jaworznie zamknięto piętnaście tysięcy skierowanych tam za związki z polskim ruchem niepodległościowym. Większość z nich była niepełnoletnia. Znanym na całym świecie dwunastolatkiem walczącym i poległym w paryskim powstaniu republikańskim roku 1832 był Gavroche z powieści Wiktora Hugo „Nędznicy” – postać fikcyjna, ale wzorowana na wielu rzeczywistych. My takich, jak Gavroche, mieliśmy całe mnóstwo choćby wśród Orląt Lwowskich i Przemyskich, wśród Powstańców Warszawskich czy Wileńskich. Antoś Petrykiewicz, najmłodszy z pochowanych na Cmentarzu Orląt Lwowskich, w chwili bohaterskiej śmierci liczył sobie lat 13. A z bronią w rękach walczyli i młodsi. Kto więc szydzi z patriotycznego zaangażowania tak młodych ludzi – sam sobie wystawia świadectwo.
Można by jednak zapytać, czy godzi się zestawiać bohaterstwo Warszawskich Powstańców lub Orląt Lwowskich z konspiratorami lat osiemdziesiątych? Skala ryzyka oczywiście nie była ta sama. Kiedy jednak przed laty wywiadu udzielał mi Janusz Krusiński, największy z radiowców podziemia, powiedział on coś, z czym chyba nie sposób się nie zgodzić. Te słowa Janusza, które okazały się być jednymi z jego ostatnich słów, gdyż dosłownie parę dni później spotkała go nagła i nieubłagana śmierć brzmiały: „My w latach osiemdziesiątych wzięliśmy do swych rąk takie narzędzia, jakie były adekwatne dla tych realiów, jakie wtedy panowały. Ale gdyby te realia okazały się być realiami takimi, jak z lat wojny czy okupacji, to przecież każdy z nas od razu wziąłby do swych rąk takie narzędzia, jakie w swoich mieli nasi wojenni poprzednicy”.
Jacek Pająk
Jacek Pająk urodził się w marcu 1975 w Jedlini – Letnisku. Od najmłodszych lat mieszkał jednak z rodzicami w Radomiu. Z daty urodzenia wynika, że w dniu wybuchu stanu wojennego nie miał jeszcze lat nawet siedmiu. Wychowywał się jednak w rodzinie o silnych tradycjach patriotycznych i już najwcześniejsze dzieciństwo upływało mu wśród ludzi konspiracyjnie zaangażowanych w sprawy Polski i Solidarności. Dużą rolę w jego wychowaniu odegrały opowieści jego matki o dziadku Piotrze Kroku. W okresie międzywojennym był on wójtem gminy Gózdy w powiecie radomskim, w czasie okupacji niemieckiej zaangażowanym w działalność Związku Walki Zbrojnej i odgrywającym dużą rolę w zaopatrywaniu leśnych oddziałów Armii Krajowej. Zasłużył się on także w organizowaniu pomocy dla ukrywających się Żydów. Rodzice Jacka Pająka byli członkami NSZZ Solidarność, w swoim życiu urzeczywistniającymi postawę niezgody na sowiecką dominację nad Polską. Dużą rolę w rodzinie tej odgrywało krzewienie narodowej świadomości, pragnienie życia w kraju niepodległym oraz historyczna prawda wyłaniająca się z rodzinnych przekazów i starannie dobieranych lektur. Człowiekiem zaangażowanym w działalność podziemną, związanym z Konfederacją Polski Niepodległej a następnie także Solidarnością Walczącą był starszy brat Jacka Mariusz Pająk. Jacek dorastał pod wpływem postawy, zaangażowania i opowieści starszego brata. Bywał też z nim na patriotycznych uroczystościach w świątyniach Radomia. Za sprawą konspiracyjnej aktywności brata w domu niemal zawsze obecne były podziemne wydawnictwa. Skutkiem tego coraz bardziej znaczące aktywności o charakterze antykomunistycznym i niepodległościowym także Jacek podejmował już jako jedenasto – dwunastoletni uczeń szkoły podstawowej.
Od najmłodszych lat Jacek zajmował się malowaniem antykomunistycznych napisów na murach. Domową metodą wykonywał też ulotki, które następnie kolportował lub rozklejał. Uczestniczył w każdego rodzaju wydarzeniach o charakterze patriotycznym czy niepodległościowym – we wszystkich demonstracjach czy rocznicowych Mszach Świętych. W tym celu jeździł też z Radomia do Warszawy.
W 1987 brat Jacka Mariusz poznał go z Arturem Łepeckim oraz Wojciechem Paskiem, radomskimi działaczami Konfederacji Polski Niepodległej i Solidarności Walczącej. Wojciech Pająk miał brata żyjącego i pracującego w RFN i metodą przemytu systematycznie kierował do Radomia wydawnictwa publikowane na Zachodzie przez różne ośrodki polskiego wychodźstwa politycznego. Część tych wydawnictw Wojciech Pająk przekazywał do kolportażu Jackowi Pająkowi. W czasie wspólnego wyjazdu braci Pająków, Łepeckiego i Paska do Warszawy w dniu 3 maja 1988, mającego na celu uczestnictwo w uroczystej Mszy Świętej w Intencji Ojczyny a następnie demonstracji Jacek zapoznany został z bardzo aktywnym w KPN Adamem Słomką. Od tego czasu Jacek regularnie odbierał od Adama Słomki, celem kolportażu, duże ilości publikacji Konfederacji Polski Niepodległej, głównie wydawanej przez KPN „Gazety Polskiej” oraz liczne tytuły prasy Solidarności Walczącej. Do początku lat dziewięćdziesiątych Jacek spotykał się z Adamem Słomką co najmniej raz w każdym kolejnym miesiącu. Na spotkania te Jacek zawsze przyjeżdżał z Radomia do Warszawy. Współpracę z Jackiem Adam Słomka wspomina jako bardzo efektywną a jego działalność jako prowadzoną bardzo solidnie, konsekwentnie i na dużą skalę.
Wiosną 1988 Jacek rozpoczął współpracę z Dariuszem Grabowskim, działaczem przywódczych struktur zepchniętego do podziemia mazowieckiego regionu NSZZ Solidarność. Grabowski był jednym z bliższych współpracowników jednego z liderów podziemnej Solidarności – Wojciecha Jankowskiego. Wg jego relacji pomimo bardzo młodego wieku Jacek był nadzwyczaj aktywnym kolporterem prasy podziemnej, książek drugiego obiegu, znaczków podziemnej poczty, banknotów, plakatów, kalendarzy. W największej części były to „Tygodnik Mazowsze” i „CDN – Głos Wolnego Robotnika” wydawany przez Międzyzakładowy Robotniczy Komitet Solidarności. Duże ilości tego rodzaju wydawnictw dostarczał Jacek z Warszawy do Radomia. Rozpowszechniał je nie tylko w swojej grupie rówieśniczej. Odbierali je od niego także zaangażowani w podziemną Solidarność robotnicy z radomskich zakładów pracy. Jacek brał też udział w konspiracyjnych spotkaniach, związanych z organizowaniem w Warszawie demonstracji ulicznych planowanych na 3 maja i 11 listopada 1988. Jego rolą było m.in. szerzenie wiadomości o przygotowywanych manifestacjach rozpowszechnianiem ulotek, rozklejaniem plakatów i malowaniem napisów na murach. W czasie demonstracji był jednym z rozrzucających ulotki. Najwięcej czasu pochłaniało jednak to, co najbardziej ryzykowne – niezliczone podróże pociągami i autobusami wraz z plecakiem i torbami wypakowanymi nielegalną literaturą. W tamtych czasach dworce kolejowe i autobusowe były gęsto patrolowane przez milicję i Wojskową Służbę Wewnętrzną, monitorowane przez SB i inne służby. Wiele razy Jacek był bliski wpadki, którą byłaby pierwsza lepsza kontrola przez którykolwiek z licznych patroli. Potrafił jednak zachowywać zimną krew, dzięki czemu nie zwracał na siebie uwagi. Zawsze opanowany i spokojny znikał w tłumach podróżnych. Zważywszy ilość odbytych przez niego podróży z niebezpiecznymi bagażami przyjąć także można, że miał sporo szczęścia.
Od roku 1988, wraz z m.in. Arturem Łepeckim i Wojciechem Paskiem Jacek stanowił jedno z radomskich ogniw Solidarności Walczącej. W związku z tym bywał we Wrocławiu, gdzie spotykał się z działaczami tej organizacji i przyjmował do kolportażu duże ilości podziemnych wydawnictw. Na początku roku 1989 miało miejsce pierwsze z jego konspiracyjnych spotkań z ukrywającym się przewodniczącym Solidarności Walczącej Kornelem Morawieckim. W 1990 uczestniczył w wydarzeniach związanych z jego ujawnieniem się i zainicjowaniem powstania Partii Wolności (przemianowanej następnie na Partię Walności – Solidarność Walczącą), której od razu został aktywnym członkiem.
W późniejszych latach Kornel Morawiecki o dużej skali działalności prowadzonej przez Jacka Pająka dowiadywał się z relacji swoich przyjaciół i współpracowników z Radomia, m.in. dr. Stanisława Gruszczyńskiego. Wynikało z nich, że duża część niezależnych wydawnictw dostępnych w Radomiu w drugiej połowie lat osiemdziesiątych była owocem mrówczej i bardzo dla niego niebezpiecznej podziemnej pracy Jacka Pająka. Od wiosny 1988 dostępność niezależnych wydawnictw w mieście tym uległ znaczącemu wzrostowi, co w istotnej mierze było zasługą coraz częstszych podróży kurierskich Jaska Pająka do Warszawy i Wrocławia. Kornel Morawiecki był też pod wrażeniem nieustannej patriotycznej i propaństwowej aktywności tego młodego człowieka, uczestniczącego w bezliku wartościowych aktywności i na którym zawsze można było polegać. Doceniając jego znaczącą rolę, odgrywaną od jego najmłodszych lat i istotną dla polskich celów niepodległościowych w roku 2017, w trzydziestą piątą rocznicę utworzenia organizacji Solidarność Walcząca Kornel Morawiecki zdecydował o odznaczeniu jaska Pająka Krzyżem Solidarności Walczącej. Jacek Krzyżem tym został udekorowany w głównym dniu rocznicowych uroczystości, w Warszawie 17 czerwca 2017.
Artur Adamski


